Koniec przygody w Focusdep Cup
Nie udało się odrobić straty z pierwszego meczu, nie udało się go nawet wygrać. Magic pokonali nas 144-122, porażka równa pierwszej 112-133. Walczyliśmy z całych sił, trener Gregoff zrobił co w jego mocy, ale było to za mało na dużo bardziej doświadczoną ekipę z Meloburne. Możliwość gry z takim rywalem była dla nas okazją do nauki, jak by nie było to piąta drużyna cyberdunka pod względem wartości. Przy okazji zobaczyliśmy kawałek świata, do Austarlii mamy nadzieję jeszcze kiedyś wrócić, najchętniej na rewanż z Magic. A teraz może coś o samym spotkaniu..
Podobnie jak z Suns, źle weszliśmy w mecz. Na prowadzenie wyszliśmy tylko raz, gdy w 2 minucie 1 kwarty za trzy przymierzył Adam Wall. Często w pierwszej części meczu decydowaliśmy się na rzuty zza łuku ze względu na dobre zagęszczanie obrony pod koszem przez Magic. Niewiele rzutów dochodziło jednak do celu. Gdy po wsadzie Roya Hibberta w 3 minucie meczu trener Gregoff prosi o czas na tablicy świetlnej widniał widok 10-3. Słowa wsparcia kolegów z ławki oraz nowe pomysły szkoleniowca nie pomogły zbyt wiele. Rywale z każdą minutą powiększali przewagę,a my mieliśmy coraz większe kłopoty w ataku. Kłopoty w ataku miał szczelnie kryty Timmons, który miał być główną szczelbą w tej części gry. Nie trafiali też Grzegorz Patynek oraz Kuba Kontek. Wynik trzymał się dzięki trójkom Adama Walla. Magic w tym meczu pokazali swoje wyrafinowanie, cwaniactwo boiskowe. Przekonaliśmy się też o ich wybitnej dynamice i szybkości. Wymusili wiele fauli, w 1 kwarcie oddali aż 22 rzuty osobiste. Byliśmy też z dziwieni, że sędziowie nie pozwalali tutaj grać tak fizycznie jak jesteśmy przyzwyczajeni w kraju. Do celu doszły prawie wszystkie, 2krotnie spódłował tylko Roy Hibbert. Tragiczną rzeczą dla zespołu było złapanie 5 faulu przez Kubę Kontka pod koniec kwarty. Dalej musieliśmy grać ze świadomością, że nie wspomoże nas już ani na deskach, ani w obronie. Wynik po pierwszej odsłonie spotkania brzmiał 41-25. Najbardziej we znaki dali się rozgrywający Oscar Ortuzar i center Roy Hibbert. Widać nie idzie nam gra przeciwko duetom. Przypomniał nam się mecz z Suns, ciągle wiedzieliśmy, że jest to do wygrania, ale rywale ustabilizowali grę i nie dali sobie w ten sam sposób wyrwać zwycięstwa.
Druga kwarta to czas gry kosz za kosz. Sędziowie pozwolili już na trochę bardziej kontaktową grę i fauli było mniej. Okazało się, że dobry dzień miał Grzesiu Klepacz, zaaplikował rywalom 26 oczek w tej części gry. Doskonale podaniami znajdował go lider drużyny Więcek, asystując w tej kwarcie 9 razy.Kryzys dalej przeżywał Timmons. Skromny dorobek punktowy zaliczyli Grzegorz Więcek i Adam Wall, który popisał się kolejną trójką. Po drugiej stronie najwyższe zdobycze punktowe zanotowali Kobe Bryant, grający na przeciwko naszego point guarda i Masana Yamaguchi, który ograniczył też poczynania Timmonsa. Kwarta wygrana 35-39 dawała jeszcze nadzieje na poprawę losów tego spotkania.
W czasie przerwy ogłoszono, że na trybunach zasiada prawie komplet, 54 tysiące widzów. Faktycznie wynik imponujący, dawno nie spotkaliśmy się z taką publicznością, ale nie odczuwaliśmy w jakiś szczególny sposób jej obecności będąc na boisku.
Po przerwie gra talej doczyła się na zasadzie “cios za cios”. Tytanów prowadził do boju Klepacz( tej kwarcie 18 punktów). Korzystnego rezultatu po stronie gości bronił Bryant trafiając 7 razy z gry i egzekwując 2 osobiste. W dalszym ciągu wspomagał go Masana, do dorobku punktowego Magic co nieco dołożył także Ron Dawg. Dystansowymi rzutami dwókrotnie odpowiadał Wall, Patynek i Timmons dorzucili po 2 punkty, a nie mogący rozwinąć skrzydeł w tym spotkaniu Więcek 4. Dobrze wychodziło mu podawanie, dodał do dorobku kolejne 5 asyst. Wyszliśmy na tym wszystkim stratnie, w kwarcie o klika punktów lepsi byli Magic wygrywając tę ćwiartkę 37-32.
W ostatniej części gry nie zdarzył się żaden cud. Gdyby z 11 punktowej straty jaką mieliśmy po połowie udało się jeszcze zmniejszyć ten deficyt w czasie 3 kwarty do 2-3 punktów może mielibyśmy więcej motywacji. Tak, mając ponownie 16 punktów mniej od rywala wiedzieliśmy, że zwycięstwo w 4 kwarcie 38 punktami nie wchodzi w rachubę. Nie zamierzaliśmy się jednak poddawać, wciąż zależało nam na wygranej. Do boju Tytanów ciągnęli Oscar Chen i już lepiej czujący się na boisku Więcek. Zaliczyli kolejno 16 i 10 punktów. W dołku nadal tkwił Timmons, przestrzelił następne 7 rzutów. Na pocieszenie trafił 2 razy z linii oobistych. Aktywnie w obronie pracował Filon Pawlik co zaowocowało 4 blokami i 1 przechwytem. Na deskach jak lew walczył Grzegorz Quadrado zbierając 7 razy piłkę w tym 1 na atakowanej tablicy. Lecz wszystkie nasze wysiłki nie wystarczyły żeby chociaż wygrać jeszcze tę ostatnią odsłonę meczu. Uniemożliwił to przede wszystkim Emre Metin zdobywając 12 punktów w 9 minut. Tylko jeden zawodnik, który nie występował po stronie Magic w tej kwarcie nie zdobył punktów. Kwarta zakończyła się wynikiem 32-28, cały mecz 144-122, a my mogliśmy już zacząć myśleć o jutrzejszym meczu w Pucharze Polski.
Nie wiem czego zabrakło, rywal był chyba jednak o klase lepszy. Jeśli myślimy o wygrywaniu z takimi zespołami musimy lepiej startować i zaskakiwać czymś przeciwną drużynę, nie na odwrót. Cały ten puchar to dla nas ogromne doświadczenie, mieliśmy pierwszy raz na szerszą skalę kontakt z zagraniczną koszykówką i powoli zaczynami poznawać jakie style i konwencje obowiązują za granicami. Dalej będziemy pracować nad lepszą i doskonalszą formą, nasze ambicje to napewno więcej niż 1/8 pucharu Focusdep. Dziękuje za wysiłek wszystkim zawodnikom z drużyny. Największe podziękowania zasłużeniewędrują do trenera Gregoffa, który wkłada w to najwięcej pracy. Wszyscy wiemy, że jego wysiłek jest dla nas najcenniejszy.